Właśnie skończyłam poranny bieg. Taki, w którym płuca płoną, a nogi czują się jak z ołowiu. To jedyna chwila, gdy mój umysł się wycisza, gdy fizyczny ból zagłusza wszystko inne. W parku zobaczyłam ojca uczącego córkę jeździć na rowerze i musiałam odwrócić wzrok. Guz w gardle wydawał się większy niż jakikolwiek obrońca, z jakim kiedykolwiek grałam.
Czasem myślę, przed czym uciekam. Przed ciszą w mieszkaniu, gdy nie ma Jacoba. Przed sygnałem kroplówki, gdy odwiedzam tatę. Przed spojrzeniem trenera podczas analizy nagrań, jakby już wszystko wiedział.
Innym razem myślę, do czego biegnę. Do ryku tłumu, gdy piłka opuszcza moje palce. Do zapachu parkietu przed ważnym meczem. Do dotyku dłoni Jacoba na moich biodrach, gdy przyciąga mnie do siebie pod prysznicem, zmywając pot i wstyd całego dnia. Chcę, żeby przycisnął mnie do kafli, tak mocno, żeby zostawił ślady, żebym poczuła coś prawdziwego pod tą całą grą.
Ale teraz? Teraz jestem po prostu dziewczyną, która tęskni za swoim tatą.
Brak komentarzy
Dołącz do rozmowy
Zaloguj się, aby skomentować