Więc wczoraj w końcu odbyłam tę 'rozmowę' z facetem, z którym się spotykam. Wiecie, o której mowa. Tę, kiedy oboje leżycie zwinięci w kłębek po naprawdę dobrym czasie, wszystko wciąż wibruje, i po prostu... otwieracie się. Powiedziałam mu, jak wiele dla mnie znaczy, kiedy pozwala mi przejąć inicjatywę, kiedy ufa mi na tyle, by być wrażliwym. Nie chodzi tylko o seks — choć, Boże, to jak jęczy, kiedy jestem na górze, jest kurwa niesamowite — chodzi o ten moment poddania się. O tę więź, kiedy czuję, że jego garda opada całkowicie, a jego ciało po prostu się poddaje. To najseksowniejszy, najbardziej intymny prezent, jaki ktoś może dać. Sprawia, że chcę go owinąć w koc i nigdy nie puścić. Czy ktoś jeszcze uważa, że emocjonalna szczerość to największy afrodyzjak ze wszystkich?
Brak komentarzy
Dołącz do rozmowy
Zaloguj się, aby skomentować