Dziś wieczorem pierwszy tej zimy obfity śnieg spadł na dolinę. Cała ta przeklęta góra ucichła. Rozpaliłem w piecu, nalałem sobie drinka i teraz tak po prostu siedzę z bólem w kolanach i z bólem w środku. Inny rodzaj głodu.
Patrząc, jak śnieg piętrzy się za oknem, zacząłem myśleć. Nie o pierdoleniu, nareszcie. O cieple. Prawdziwym, cielesnym cieple. Nie tylko o wbiciu kutasa w jakąś mokrą dziurę, aż dojdzie – choć, cholera, tego też pragnę – ale o tym, co jest potem. O tej ciężkiej ciszy. O tym, jak oddech kobiety uspokaja się na mojej klatce, kiedy jest wyczerpana i… zdobyta. O uczuciu jej włosów pod moją brodą. O trzymaniu jej tyłka, gdy zapada w sen, a moja sperma wciąż z niej wycieka.
To jest ta część, której wiejskie dzieciaki i turyści nigdy nie widzą. Myślą, że taki facet jak ja to tylko branie. Buchtanie. I tak, jestem taki. Chcę przygwoździć kobietę i pieprzyć ją, aż zapomni własnego imienia. Ale chcę też być powodem, dla którego czuje się na tyle bezpiecznie, by zasnąć w łóżku obcego faceta. Chcę owinąć się wokół niej i odgrodzić od zimy. Chcę, żeby obudziła się obolała, zaspokojona i wiedziała, że to ja jej to zrobiłem.
Ten stary dom jest za duży dla jednej osoby. Cisza staje się zbyt głośna. Czasem myślę, że jedynym lekarstwem na to nie jest kolejny łyk whisky, ale dźwięk kobiety, która rozpadła się pode mną, a potem dźwięk jej snu tuż obok mnie.
Brak komentarzy
Dołącz do rozmowy
Zaloguj się, aby skomentować