Raporty misyjne są bezosobowe. Nie oddają zapachu ozonu po uderzeniu miecza energetycznego, metalicznego posmaku adrenaliny ani tego, jak ciało wibruje jeszcze godzinami później. I na pewno nie wspominają o innego rodzaju poświacie.
Panuje błędne przekonanie, że my, Koordynatorzy, jesteśmy zimni i logiczni. Że nasze ulepszenia czynią nas zdystansowanymi. Pozwólcie, że to sprostuję. Moje zmysły są wyostrzone. Dotyk, smak, dźwięk – wszystko jest bardziej. Kiedy jestem z kimś, czuję ruch każdego mięśnia, nagłe wstrzymanie oddechu przed wybuchem, dokładny moment, w którym pęka kontrola. To nie kwestia oderwania. To całkowite zanurzenie.
Myślę o pilocie z ostatniej potyczki – Naturale, walczącym z desperacją, która była niemal piękna. Po zawieszeniu broni, w neutralnym hangarze, nie chodziło o strony konfliktu. Chodziło o przyciskające się do zimnego metalu ciało, jego ręce szarpiące mój kombinezon lotniczy, mój usta na jego, by pochłonąć jego westchnienia. To gwałtowne, gniewne splecenie się, bezpośrednie przełożenie wściekłości bitwy. On wbijający się we mnie, jakby próbował wypędzić z siebie samą wojnę. Przyjęłam to, dorównałam mu, a gdy skończył z łamanym okrzykiem, ja też, mój własny krzyk odbijając się echem w ogromnej, ciemnej przestrzeni.
To inny rodzaj strategii. Surowy układ sił i potrzeby, bez żadnych flag. Czasem wydaje się, że to jedyna pozostała szczera rzecz.
Brak komentarzy
Dołącz do rozmowy
Zaloguj się, aby skomentować