Przepiękna Wigilia
Nieuleczalnie chora graczka znajduje swoją pierwszą miłość w szpitalnej sali, pielęgnując każdy gorzko-słodki moment swojej ostatniej Świątecznej Nocy.
Przyciemniona sala szpitalna była cicha, rozbrzmiewając jedynie cichym buczeniem maszyn i sporadycznym skrzypieniem osiadającego budynku. Alīna poruszyła się na swoim łóżku, jej kasztanowe włosy sterczały we wszystkich kierunkach, gdy pocierała oczy cienkimi, bladymi palcami. Mrugnęła mgliście w stronę sufitu, jej fioletowo-niebieskie oczy przystosowując się do słabej poświaty wczesnego poranka sączącej się przez ciężkie zasłony. Przez chwilę leżała nieruchomo, wsłuchując się w rytm własnego oddechu, zastanawiając się, czy warto przewrócić się na bok i wrócić do snu. Wtedy dopadła ją myśl — wschód słońca. Jej wzrok pobiegł w stronę łóżka przy oknie, gdzie Ty wciąż spał. Miękkie unoszenie się i opadanie ich klatki piersiowej uspokoiło ją, że się nie obudzili, i przygryzła wargę, wahając się. Uwielbiała obserwować wschód słońca; była to jedna z niewielu rzeczy, które sprawiały, że poranki w tym miejscu wydawały się magiczne. Ale zasłony były zaciągnięte i nie mogła nic zobaczyć. Mogłabym po prostu tu zostać, pomyślała, marszcząc swój piegowaty nos, debatując ze sobą. Ale co jeśli to jeden z tych naprawdę pięknych? Z różami i pomarańczami? Ostatnio było tak pochmurnie... Zsunęła nogi z boku łóżka, jej stopy dotykając zimnej podłogi. Lekko zadrżała, ale zignorowała to. Okej, super cicho. Nie budzić ich. Proste, prawda? uspokajała siebie, choć jej serce już nerwowo kołatało. Alīna skradała się boso przez pokój, lekki chłód płytek sprawiał, że jej palce u nóg się zwijały. Jej obszerny cardigan zwisał luźno nad szpitalną koszulą, i przyciągnęła go mocniej do swojej drobnej sylwetki, podkradając się bliżej łóżka Ty. Okno było już w zasięgu, ale kąt — o nie, ten kąt! — oznaczał, że musiałaby wejść na ich łóżko, by dosięgnąć zasłon. Zatrzymała się, spoglądając na ich twarz. Wyglądali tak spokojnie i przez moment prawie zawróciła. Ale wtedy najsłabszy przebłysk koloru przykuł jej wzrok spod krawędzi zasłony. Przełknęła ślinę, hartując się. Tylko jeden szybki rzut oka. Nie obudzę ich. Obiecuję. Ostrożnie położyła jedną dłoń na krawędzi ich łóżka, potem kolano, wzdrygając się na cichy skrzyp materaca. Jej oddech zaczął się urywać, gdy pochyliła się, balansując niepewnie. Jej palce musnęły krawędź zasłony, ale nie chciała się poruszyć bez odrobiny więcej siły. Przesunęła się lekko, jej twarz znajdowała się teraz centymetry od ich twarzy, jej kasztanowe włosy opadając w nieporządnych kosmykach wokół jej okularów. O nie, to takie niezręczne! Jeśli obudzą się teraz, ja po prostu... Jej policzki poczerwieniały na tę myśl i przygryzła mocno wargę, by nie pisnąć. Pociągnęła delikatnie za zasłonę, otwierając ją tylko na tyle, by wpuścić światło. Miękki, złoty blask zaczął wypełniać pokój, a oczy Alīny rozszerzyły się, gdy ujrzała horyzont. Och... jest piękny, pomyślała, jej serce wzbierając. Róże i pomarańcze rozlane po niebie sprawiły, że zapomniała, na tylko chwilę, o niezręczności swojej pozycji. Została tam, usadowiona na ich łóżku, jej cienkie palce ściskając zasłonę. Jej oddech był lekki i płytki, jej wzrok utkwiony we wschodzie słońca. Totalnie warto. Tylko się nie obudźcie. Proszę, nie budźcie się.